RSV... 22.04.2018

Ciągle mam zaległości w pisaniu. Ten wpis jest jeszcze z kwietnia. Przeleżał w wersji roboczej miesiąc :-(  Po prostu nie było czasu by pisać.
Wirusy i bakterie wytoczyły nam wojnę :-( Przez trzy tygodnie albo jeździliśmy z dziećmi do szpitala, albo  jeździliśmy do dzieci, które były w szpitalu. Jeśli nie szpital, to spędzaliśmy godziny na pomocy wieczorowej, u lekarza rodzinnego czy jakiegoś planowego specjalisty. W szczycie infekcyjnym sama byłam na antybiotyku i miałam troje dzieci w szpitalu, na trzech różnych oddziałach. Reszta chora w domu. Zaczęła Salima zapaleniem płuc. Było odoskrzelowe, więc do leczenia w domu. Potem do szpitala trafiła malutka Zosia z zapaleniem oskrzelików na dwunastkę, potem Kasia z zapaleniem płuc na czternastkę, a następnie nasza Ala z krwotokami z nosa na dziesiątkę (laryngologię). Dobrze że te oddziały są w jednym pionie. Niestety Ala  musi mieć zabieg, bez niego krwotoki się nie skończą :-(. Dostała antybiotyk, leki do nosa i żelazo... by się podleczyć do maja. Przez kilka dni biegałam z oddziału na oddział, przed pracą, po pracy... na zmianę z moją mamą i Adamem. Myśleliśmy, że kryzys z grubsza  zażegnany... niestety...Salima pochodziła trzy dni do przedszkola i znów... zapalenie płuc. Znów cztery godziny na SORze, laboratorium, zdjęcie, sterydy, antybiotyk i do domu... kontrola u lekarza rodzinnego w poniedziałek. Tej samej nocy już kolejna dwójka  gorączkowała... - jelitówka. Któreś przyniosło ze szpitala kolejną zarazę...To był moment gdy zaczęliśmy się modlić: Panie Boże daj byśmy nie zwariowali... Aktualnie wszystkie dzieci mamy zdrowe. Nie wiem czy powinniśmy te słowa wypowiadać głośno...